OPOWIEŚĆ O DWÓCH MIASTACH

   Podróże bywają różne. Te wielkie, od dawna wyczekiwane i starannie planowane wyprawy, które nigdy nie są dokładnie takie jak przewidywaliśmy; krótkie wycieczki pełne wrażeń; a także takie podróże, których wcale nie planowaliśmy, lub takie, które odbyły się przy okazji czegoś zupełnie innego. Ja jestem wielką fanką zwiedzania w czasie międzylądowania. Kilka godzin to niewiele, żeby poznać miasto, jego kulturę i mieszkańców, ale daje nam niesamowitą szansę na łyknięcie tego wszystkiego w maleńkiej pigułce. Czy to dobrze? Tak i nie. Z oczywistych względów dobrze dać sobie czas na dokładne poznanie danego miejsca, pierwsze wrażenia często bywają złudne. Jednak dzięki bardzo krótkiej wizycie w danym miejscu, możemy dojść do ciekawych wniosków, które rozmywają się przy dłuższym pobycie i tracą swoją pierwotną intensywność. I tu dochodzę właśnie do dwóch tytułowych miast: Hongkongu i Dubaju. Choć można pomyśleć, że dzieli je prawie wszystko, to miałam wrażenie, że coś jednak je łączy. Zobaczymy, czy się ze mną zgodzicie.

   Dubaj miałam okazję odwiedzić podczas lotu do Chin. Na szczęście, polscy obywatele nie muszą ubiegać się o wizę przed wylotem do ZEA. Wraz ze znajomymi mieliśmy spędzić tam 12 godzin w oczekiwaniu na kolejny lot. Odliczanie czas zacząć! Po wyjściu z cudownie klimatyzowanego terminalu – obowiązkowe uderzenie gorącego, wilgotnego powietrza. Co dalej? Może autobus do centrum? Autobus faktycznie się znalazł, ale nie do końca taki, jakiego szukaliśmy. Po szybkiej konsultacji z kolegą nasz kierowca podał cenę za przejażdżkę po mieście. Warto dodać, że był środek nocy, a cena dość wysoka, ale nie kosmiczna. Jak się potem okazało, była to dobra decyzja, ponieważ Dubaj nie jest miastem, które da się zwiedzać na piechotę. Nasz przewodnik uczynnie zawiózł nas w miejsca, które słusznie uznał za najbardziej godne uwagi: Burj Khalifa, The Dubai Mall (niestety zamknięte), następnie plaża, z której był piękny widok na Burj Al Arab (słynny żagiel). Po drodze obejrzeliśmy również wiele pięknych hoteli i zachwycających wieżowców. Niestety, z powodu późnej pory nie wszystkie miejsca były dostępne. Rada dla przyszłych podróżników, którzy chcieliby pójść w nasze ślady: pamiętajcie, że do ceny, którą zapłacicie na początku należy dodać napiwek. Niestety, z powodu późnej pory nie mieliśmy możliwości obejrzenia wszystkiego, ale lepsze to, niż nic! Kolejna rzecz, o której warto pamiętać: na lotnisku w Dubaju to, co za dnia jest sympatycznym kojcem dla dzieci, w nocy może się zmienić w najbardziej luksusowe miejsce do spania od McDonald ’s aż po KFC (nazwy restauracji są losowe, tekst nie zawiera lokowania produktu).

   Dubaj jest niezwykłym miejscem. Jego historia jako miasta rozpoczęła się około 40 lat temu, kiedy z małej rybackiej osady zmieniło się w tętniące życiem centrum wszystkiego, a to za sprawą jednego niezwykle przedsiębiorczego szejka. Obecnie Dubaj jest miastem naj. Największe, najlepsze, najbardziej luksusowe. Dubaj oferuje niezliczone atrakcje dla wszystkich, którzy tego zapragną. I dostatecznie głęboko sięgną do portfela. Bo żeby naprawdę cieszyć się Dubajem i jego urokami trzeba dysponować sporą gotówką. Jeśli dodamy do tego znajomego, który poprowadzi nas w najciekawsze miejsca – będzie idealnie. Niestety, nie jest to miasto, do którego można udać się z plecakiem i spędzić dni pełne wrażeń. Luksus ma swoją cenę, a co dopiero luksus NAJ.

   Prawdziwą kopalnią wiedzy na temat Dunaju jest książka Jacka Pałkiewicza „Dubaj: Prawdziwe Oblicze” i tam też odsyłam wszystkich, którzy chcą się dowiedzieć więcej. Warto zaznaczyć, że można tam znaleźć nie tylko peany na cześć Emiratu, ale również smutną prawdę o tamtejszych realiach. Dla osób, które będą chciał pogłębić swoją wiedzę o kolejne spostrzeżenia na temat tej części świata polecam książkę „Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach” Aleksandry Chrobak. Jest to niezmiernie ciekawa opowieść Polki mieszkającej w Abu Dhabi o tamtejszym życiu i zwyczajach. Możemy się na przykład dowiedzieć, jak wygląda podryw a’la Dubaj oraz poznać kilka sekretów skrywanych pod abają. Ciekawy w porównaniu tych dwóch książek jest kontrast pomiędzy światem kobiecym, a męskim. W krajach arabskich jest to podział wyraźny i niemal niemożliwy do przeskoczenia. Choć na turystów i ich „wybryki” patrzy się często z przymrużeniem oka, to nawet w dość liberalnym Dubaju nieostrożnych mogą spotkać różne nieprzyjemności.

   Przenieśmy się na chwilę na drugi koniec świata. Zapraszam państwa do Hongkongu. Jak trafiłam z małego chińskiego miasteczka (o ponad 3-milonowej populacji) nieopodal koreańskiej granicy do specjalnego regionu administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej? Przepisy wizowe. Otóż, aby zmienić typ wizy (z turystycznej na biznesową, ze studenckiej na turystyczną itd.), należy opuścić granice kraju. Najprostszym rozwiązaniem okazała się trzydziesto dwu godzinna podróż zatłoczonym pociągiem do Shenzhen, gdzie można przekroczyć granicę z Hongkongiem. Podróżowanie po Chinach, zwłaszcza pociągiem, to temat na cały osobny tekst (in progress). Teraz powiem tylko, że w Chinach dostajemy to, za co płacimy. Tanie podróżowanie często bywa więc dalekie od przyjemności, zwłaszcza, gdy w którymś momencie podróży nie można już uniknąć skorzystania z pociągowej toalety. Możecie mi wierzyć, PKP to przy tym ogród różany. Z motylkami i pulchnymi amorkami. Oczywiście można się w taką podróż udać wygodniej: polecieć samolotem, lepszej klasy pociągiem lub choćby w wagonie sypialnym. Niestety, staje się to niemożliwe, gdy zapomnicie o ważnym święcie i macie szczęście, że nie musicie stać przez całą drogę. Przed wyjazdem przygotowałam, wszystko. Trasa sprawdzona, hotel w Shenzhen zabukowany… „Zaraz zaraz!”, pomyślałam w połowie drogi „Jak to Shenzhen?” Oczywiście, po oddaniu paszportu celem otrzymania nowej wizy nie było mowy o ponownym przekroczeniu granicy hongkońskiej. Na szczęście z pomocą pospieszył mi przyjaciel, który umieścił mnie w swoim dawnym hotelu i zdalnie pomógł we wszystkim, w czym mógł.

   Pierwszą rzeczą, jaką zaskakuje Hongkong, jest język. Językiem uznawanym w Chinach za oficjalny jest mandaryński, pochodzący z północnej części kraju. W Hongkongu natomiast mówi się po kantońsku. Nie da się powiedzieć, to może napisać? Otóż nie. Niestety, spotkamy się tu z nieco innym nieuproszczonym pismem. Nie traćcie jednak ducha! Ze względu na historyczną przeszłość w Hongkongu możemy się łatwo dogadać po angielsku, co z kolei w Chinach kontynentalnych nie jest takie proste. Po więcej informacji odsyłam do http://hongkongdreaming.pl/?p=214

   Hongkong od razu skojarzył mi się z filmem „Łowca Androidów” (1982). Miasto rozrasta się w górę i tworzy unikatowy patchwork kondygnacji. To tylko moja obserwacja, ale miałam wrażenie, że im niżej mieszkasz, tym gorzej świadczy to o Twoim stanie posiadania. Zachęcam wszystkich, którzy wiedzą coś więcej na ten temat do komentowania!

Mając do dyspozycji dwa niepełne dni miałam sporo czasu, aby przespacerować się po mieście. Przyjrzałam się feerii świateł na drugim brzegu. Bardzo spodobały mi się miejskie parki i kluczenie między uliczkami. Gubienie się było mniej zabawne, ale dzięki temu odkryłam jeszcze więcej ciekawych zakamarków. Jest tam ogromna ilość zakładów oferujących ręcznie robione meble i sztukaterię. W sklepie z radością odnalazłam sporo polskich produktów. Oczywiście w takim mieście można znaleźć wiele restauracji, klubów i wyszukanych miejsc spotkań. Atrakcje, z których każdy może wybrać coś dla siebie. Niestety, koszty życia są w Hongkongu bardzo wysokie.

   Co zatem łączy Dubaj z Hongkongiem? Przede wszystkim to, że nie są to miasta, w których można korzystać z najważniejszych atrakcji, jeśli nie przeznaczy się na to większego budżetu. Są to zachwycające miejsca na wyprawę w większym gronie, gdzie każdy przepuszcza oszczędności ostatniego roku (lub 10. Zależy, jak bardzo chcemy zaszaleć). Mają do zaoferowania wszystko, ale wszystko ma cenę. Jest na świecie wiele miejsc, którymi można się zachwycać niemal za darmo. Dubaj i Hongkong do nich nie należą. Nie nadają się też do samotnej tułaczki. Są to miejsca wielkiego biznesu, rozmachu i bogactwa. Może kiedyś odwiedzę oba te miasta i skradną mi serce? Obawiam się, że raczej portfel, ale kto wie.

W NASTĘPNYM ODCINKU: There’s no place like London

Jagoda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s