CHIŃSKI KALEJDOSKOP część I

   Chiny są wielkie. Zaskoczeni? Na pewno nie! Niby, jakie Chiny są każdy widzi, ale prawda jest taka, że nie do końca to pojmujemy, zanim przyjdzie nam się spotkać się z nimi twarzą w twarz. Z czym kojarzy się ten kraj? Najczęściej słyszę, że z tanią tandetą, komunizmem i absurdalnym językiem, ale przede wszystkim nieskończonym morzem ludzi o jednakowych twarzach. Nie będę się odnosić do tego, że niektórym Chiny przywodzą na myśl kamikaze i sushi, bo przecież „w tej Azji to jedno i to samo”. Cieszę się, że słyszę to dużo rzadziej niż przed laty. Jak to bywa ze stereotypami, jest w nich ziarnko prawdy, a niektóre są jej całkiem bliskie (nie te o kamikadze). Państwo Środka było dla mnie codziennym zdumieniem. Za każdym razem, kiedy myślałam, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, przekonywałam się, jak bardzo się myliłam. W Chinach spędziłam w sumie około półtora roku, najpierw na wymianie uczelnianej, później na rządowym stypendium. I choć wydaje się, że to dużo czasu, nie mogę się uważać ze eksperta od chińskich tajemnic.

   Jak dobrze wiemy, rozmiar ma znaczenie. Chińska Republika Ludowa, ChRL (chiń. upr.: 中华人民共和国; chiń. trad.: 中華人民共和國; pinyin: Zhōnghuá Rénmín Gònghéguó), potocznie Chiny (chiń. upr.: 中国; chiń. trad.: 中國; pinyin: Zhōngguó) (zob. wikipedia) jest domem dla 56 grup etnicznych z których największą stanowią Chińczycy Han (ponad 90% ludności). Ponad 1,3 mln ludzi zamieszkuje powierzchnię 9 596 960 km². Oczywiście, nie każde miejsce nadaje się do zamieszkania. Najgęściej zaludnione są wschód i południe kraju. Opisywanie Chin przypomina trochę bajkę o słoniu i ślepcach: Pewien władca sprawił sobie słonia i postanowił się nim pochwalić przed poddanymi. Wśród przybyłych znalazło się kilku niewidomych. Mądry monarcha zachęcił ich, aby dotknęli słonia i przekonali się, co to za stworzenie. Ten, który dotknął nogi opowiadał później, że słoń jest jak drzewo. Ten, który dotknął kłów twierdził, że jest jak włócznia. Ślepiec od strony ogona upierał się, że słoń jest jak wąż. Morał z tej bajki jest taki, że nie da się opisać Chin jako całości opierając się jedynie na cząstkowych obrazach. Moje chińskie puzzle mają już ładne brzegi i spore fragmenty landszaftu. Jednak wielu elementów wciąż brakuje, zwłaszcza tych nieznośnych kawałków nieba, które wydają się identyczne, a jednak nie chcą pasować. Postaram się przybliżyć wam Chiny, których doświadczyłam na własnej skórze podczas mojej nauki i podróży. Nie obiecuję jednak, że gdy sami zdecydujecie się zgłębić tajemnice tego kraju, nie odkryjecie, że jest zupełnie inny, niż się Wam wydawało. Mnie spotykało to niemal każdego dnia.

PRZYBYŁAM. ZOBACZYŁAM. ZANIEMÓWIŁAM.

   I znów trochę o pierwszych wrażeniach. Moje pierwsze starcie z kulturowymi różnicami nastąpiło już na lotnisku. Podczas podróży nasza grupa studentów miała dwie przesiadki – jedną w Amsterdamie i jedną na terenie Chin. Przez pewne zawiłości jeszcze w Polsce poradzono mi, abym na późniejszych etapach lotu upewniła się, że mój bagaż leci razem ze mną. Przy pierwszej przesiadce nie było z tym problemu, natomiast w Chinach… Gdy udało mi się znaleźć kogoś posługującego się komunikatywnym angielskim (co wcale nie jest takie proste) dowiedziałam się, że nie wiadomo gdzie jest mój bagaż. „Jeśli doleci pani na miejsce i będzie, to znaczy że poleciał. Jak nie, proszę zgłosić zaginięcie”. Nie do końca podobała mi się taka odpowiedź, więc wyruszyłam na poszukiwania. Jeśli kojarzycie film „12 Prac Asterixa” przypomnijcie sobie scenę w urzędzie (jeśli nie oglądaliście, niezależnie od wieku, polecam zrobić to natychmiast). Odsyłanie petenta z miejsca na miejsce i urzędnicze absurdy są chyba uniwersalną domeną ludzkości. Gdy byłam już gotowa się poddać zobaczyłam przejeżdżający obok wózek z bagażami reszty mojej grupy. Oraz moim. Warto dodać, że jeden z bagaży faktycznie gdzieś się zawieruszył, ale nie była to moja walizka.

   Wreszcie dotarliśmy na miejsce! No, prawie. Czekała nas jeszcze godzinna jazda z lotniska w Shenyang do Anshan – naszego punktu docelowego. Ale co to była za jazda! Po raz pierwszy znalazłam się w kraju, w którym przepisy ruchu drogowego to raczej sugestie, niż zasady. W miejscu, gdzie kierowcy używają klaksonu z pełną swobodą i dużym zaangażowaniem. Późniejsza przygoda w szanghajskiej taksówce nauczyłam mnie, że magiczne słowo „kuai” („szybko”) i idąca za nim szybka wycena może prowadzić do lepszych wrażeń, niż niejeden rollercoaster. No bo ile razy mieliście okazję jechać głównymi ulicami ogromnego miasta z szaleńczą prędkością, wyprzedzać na czwartego lub wpychać się na pierwszą pozycję na światłach przeciwległym pasem ruchu? Dodajcie do tego przechodniów, którzy niczym japońscy ninja przemykali pomiędzy pędzącymi samochodami (jest to umiejętność, której nabywa się niedługo po przybyciu do Chin lub unika się wychodzenia z domu) i będziecie wiedzieć, jak wyglądała ta jazda. Jednak godzinną trasę na pociąg, który odjeżdżał za 45 minut pokonaliśmy tak, że udało nam się zdążyć na czas.

   Na samym początku zaskoczyło mnie kilka rzeczy. Najbardziej rzucały się w oczy osiedla bloków mieszkalnych. W Chinach nieustanie coś się buduje. Odniosłam wrażenie, że głównie bloki. I wierzcie mi, nie są to takie budowy, gdzie pięciu kierowników instruuje biednego Pana Zenka jak ma kopać dół, a reszta zmiany siedzi i czeka na lepsze czasy. Co to, to nie! Praca wre, a nowe budowle wznoszą się jak grzyby po deszczu. Najdziwniejsze jest jednak to, że po ukończeniu większość z tych mieszkań sprawia wrażenie niezamieszkałych. Na pewno po jakimś czasie się zapełniają, ale nowoprzybyli mogą mieć wrażenie, że w Chinach buduje się dla samego budowania. Kolejna interesująca rzecz, to chińska moda. Mam wrażenie, że w chińskim ubiorze łączy się rzeczy, które są wygodne i praktyczne z czymś, co jest akurat modne. Dodaje się do tego coś, co wyjątkowo się danej osobie podoba i uzupełnia czymś absurdalnie słodkim/pluszowym/koronkowym. Oczywiście wszystko za jednym zamachem – kolory, faktury, dodatki. 

W zasadzie ciężko jest uchwycić podział na modę młodzieżową i tę dla osób dojrzałych. Starsza pani Chinka zupełnie bez skrępowania może założyć białą koronkową mini i koszulkę z Kaczorem Donaldem. Spódniczka może być tak krótka, jak to tylko możliwe nie stając się paskiem, jeśli tylko ubierze się pod nią legginsy… lub rajstopy. Panowie są nieco mniej kolorowi, ale również lubią połączenia, które nijak nie chcą do siebie pasować. Oczywiście, nie można tu generalizować. Zwłaszcza w większych miastach można spotkać modnych, eleganckich ludzi. Odniosłam jednak wrażenie, że ci stanowią mniejszość. Ciekawe jest to, że takie podejście do mody i ubioru jest przejawem czegoś, co w Chinach ma niebagatelne znaczenie – personalizacji. Wszystko da się dopasować do indywidualnego gustu i potrzeb. Od tapicerki samochodowej i pokrowców na fotele przez etui na telefony aż po poduszki do siedzenia, które można wziąć ze sobą, na przykład, na stołówkę (bo krzesełka są przecież twarde). 

To zamiłowanie do ułatwiania sobie życia małymi rzeczami dobieranymi według gustu bez konkretnego wzorca jest czymś, co możemy w Chinach zauważyć na każdym kroku. I, niestety, przywyknąć do nich. Mówię o rzeczach, które w Polsce wydawałyby się stratą czasu i pieniędzy, bo można się łatwo bez nich obejść. Jednak kiedy się do nich przyzwyczaimy, ciężko się bez nich obejść. Na przykład: napoje sprzedawane w plastikowych kubkach (na przykład herbata albo kawa na wynos) są przygotowywane a następnie zamykane cienką folią. Kiedy chcemy się napić, przebijamy ją rurką i gotowe. Do tego dostajemy na drogę małe nosidełko (plastikowa siatka składająca się z kółka, w które wkładamy napój i rączki). Nie brzmi to jak wiekopomne odkrycie, które może zmodernizować gastronomię, jednak… jest wygodne. Wróćmy na chwilę do mody. W Chinach panuje bowiem zwyczaj, który ma swoje korzenie głęboko w czasach dworskich. Kobiety (i nie tylko one) nosiły bardzo długie paznokcie. Była to oznaka statusu społecznego, z długimi szponami ciężko pracować, więc osoba, która mogła sobie na nie pozwolić, była zapewne tak bogata, że pracować nie musiała. Obecnie bardzo często można zobaczyć panów dumnie noszących jeden lub kilka pieczołowicie hodowanych długich pazurów. Panie częściej stosują wymyślny manicure, ale i u nich można zauważyć ten ślad dawnych tradycji. A skoro o tradycjach i zwyczajach mowa, zasługują one na cały osobny tekst. Będzie o zwyczajach, świętach, babci w kapuście i sex-hotelu. Ale to innym razem.

BIAŁE MAŁPY

   Miasto w którym mieszkałam nazywa się Anshan. Jest to mała chińska mieścinka licząca sobie jedynie około półtora miliona mieszkańców. Usytuowana jest prowincji Liaoning graniczącej z Koreą Północną. W Anshan króluje przemysł ciężki, upalne lata i mroźne zimy. 

Miasto może się pochwalić dwoma uczelniami wyższymi. Na jednej z nich, Anshan Normal University, miałam przyjemność studiować. Musicie wiedzieć, że w Chinach nie ma wielu obcokrajowców, a i ta niewielka grupa koncentruje się głównie w dużych miastach. W Pekinie czy Szanghaju widok białej twarzy nie jest wielkim wydarzeniem, o którym można później opowiadać wnukom. Jednak nawet tam ciężko poczuć się częścią społeczności, a co dopiero na prowincji! 

W Anshan często było się atrakcją dla tubylców, którzy nie widzieli wcześniej na żywo białego człowieka. Ludzie zatrzymywali się na ulicy z otwartymi ustami, dzieci pokazywały nas palcami, a niektórzy znajdowali w sobie tyle tupetu, że na naszych oczach wyciągali telefony i zaczynali pstrykać zdjęcia. Nasza uczelnia była bardzo dumna ze swojego nabytku i często chwaliła się nami podczas wycieczek i wydarzeń kulturalnych. Mieszkańcy przyjmowali niemal za pewnik, że biała twarz = Rosjanin (ostatecznie Amerykanin). Obcokrajowcy są bardzo mile widziani w szkołach języka angielskiego. Nawet Ci, którzy nazywają się Sasza i mówią z ciężkim rosyjskim akcentem byli witani z otwartymi ramionami („Jakby rodzice pytali, mów, że jesteś z Kanady” – konspiracyjnie szepnęła dyrektorka). W dużych miastach jest trudniej, bo konkurencja jest większa i podobno czasem nawet trzeba się wykazać faktycznymi umiejętnościami pedagogiczno-językowymi. Jednak biała osoba zainteresowana pracą w charakterze nauczyciela może bez większych problemów znaleźć dobrą posadę nawet bez znajomości języka chińskiego. Wystarczy chcieć. W klubach bardzo często można spotkać się z tym, że alkohol dla obcokrajowców jest darmowy (i przeważnie fatalnej jakości, choć podawany w oryginalnej butelce po Jacku D.). Są oni żywą reklamą miejsca. Czasem dochodzi nawet do tego, że wręcz płaci się im za przychodzenie do klubu. Brzmi dobrze? Całkiem nieźle. Nie można tylko zapominać, że nie jest się traktowanym jak pracownik, a raczej jak tresowana małpka do zabawiania klientów. O zwierzątko bardzo się dba, ale pozostaje ono jedynie maskotką. Inaczej traktowane są osoby na stanowiskach, które dobrze posługują się językiem chińskim, ale mam wrażenie, że wciąż nie uważa się ich za członków społeczności. Nie do końca.

   DWIE TWARZE

Każdy naród ma swoje wady i zalety. W Chińczykach bardzo polubiłam ich energię. W głównej mierze dotyczy to osób (o dziwo) starszych i w średnim wieku. Przestrzeń miejską Anshan, z okazjonalnymi wiecznie rozrastającymi się blokowiskami, stanowią głównie 4-7 piętrowe kamienice, które lepsze czasy mają dawno za sobą. Dużo większą wagę przykłada się tam do wyglądu wewnętrznego mieszkania niż do jego fasady. Ale życie zdaje się toczyć głównie poza domem. Kramy z ulicznym jedzeniem, maleńkie knajpki i restauracje stopniowo zapełniają się głośną gromadą ludzi. Przed dom wynosi się krzesełka, stoliki i poduchy i wokół nich koncentruje się zabawa. Może to być gra w karty, mahjong, lub zwyczajne plotki z sąsiadami. 

Każdy z nas widział zapewne w polskich parkach i na skwerach zestawy do ćwiczeń na wolnym powietrzu. W naszym kraju niemal zawsze świecą pustkami, jednak w Chinach jest wręcz odwrotnie. Seniorzy wielokrotnie zawstydzili mnie swoją sprawnością i stopniem rozciągnięcia (malutka siwa babcia prawie zakładała sobie nogę na głowę!). Urządzenia były zawsze w użytku, ale to nie koniec. Parki i wolne przestrzenie pod wieczór roiły się od zorganizowanych grup oddającym się tańcom i gimnastyce na świeżym powietrzu. Prym wiodło oczywiście Tai Chi, ale można było też spotkać osoby ćwiczące kaligrafię wodą na parkowych alejkach albo zawody w rozpędzaniu kręcących się bąków za pomocą bicza na powierzchni zamarzniętego jeziora (BHP, podobnie jak zasady ruchu drogowego, to tylko sugestia).

Chińczycy zdają się łączyć w sobie cechy, które mogą się nam wydawać zupełnie przeciwne. Po pierwsze, jako naród umieją doskonale współdziałać w grupie. Ich działania od najmłodszych lat opierają się właśnie na przynależności do określonego kręgu. Potrafią zmobilizować się i działać według wyznaczonego planu dla dobra większej inicjatywy. Z drugiej strony, Chińczycy przejawiają ogromny indywidualizm, graniczący czasem z egoizmem. Często jest to „ja” lub „ja i moi najbliżsi”. Można odnieść wrażenie, że ich działania są dokładnie obliczone na określony efekt, zanim podejmą decyzję czy coś zrobić dokładnie obliczają korzyści. Sprawdzają, czy rachunek włożonego wysiłku i poniesionych kosztów się zwróci. Nie robią tego z wyrachowania czy złości – jest to wpisane w ich kulturę. Dzięki temu Chińczyk jest w stanie niezwykle ciężko pracować widząc przed sobą jasny cel. Jednak skupiając się na swoim zadaniu zupełnie nie dba o to, aby pomóc czy choćby nie przeszkadzać komuś innemu. Na przykład: pewien pan wyładowywał zgrzewki z wodą i zanosił je pod sklep. Układał je tam tak, że nie było szans, aby normalnie przejść do sklepu i wnieść towar dalej. To już jednak problem kogoś innego, zadanie wykonane. Przenosi się to również na kontakty międzyludzkie. Chińczycy są bardzo gościnni i opiekuńczy wobec gości z zagranicy. Są w stanie włożyć wiele wysiłku w to, aby ich obcy przyjaciel czuł się dobrze i nie zrobił sobie krzywdy. Czasem taka opiekuńczość przekracza granice protekcjonalności, jednak przeważnie jest nieoceniona, zwłaszcza na początku. Zdarza się, że ta chęć pomocy przybiera postać prawdziwej przyjaźni i ofiarności. Miałam szczęście poznać przynajmniej dwie takie osoby. Bez nich moje życie w Chinach byłoby o wiele trudniejsze. Częściej jednak oczekuje się czegoś w zamian. Posiadanie znajomego obcokrajowca może pomóc w szlifowaniu angielskiego, kiedy indziej można pokazać się na mieście z nowym oryginalnym gadżetem czyli prywatną białą małpką. Obcokrajowcy mogą być zatem przydatni i dobrze się prezentować w ogólnym rozrachunku.  

CIĄG DALSZY W NASTĄPI

Jagoda

2 myśli na temat “CHIŃSKI KALEJDOSKOP część I

  1. Właśnie o tych drobiazgach lubię czytać! Interesujesz szczegolsmi, zatrzymujesz się na detalach i to sprawia, ze mam wrażenie że tam jestem 🙂 dzięki!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s